niedziela, 12 lipca 2015

Podziękowania

Cześć, Kochani! Jako że Silent Prayer dobiegło końca, wypadałoby mi się z Wami pożegnać. Nie mam pojęcia kiedy to przeleciało. Nie wiem jakim cudem dotarłam do samego epilogu. Dopiero co kończyłam WFIL (pozdrawiam osoby, które mnie pamiętają z tej historii!), a tutaj kolejny duży krok za mną. Wiem natomiast, że skończyła się bardzo ważna dla mnie historia, będąca jednym z poważniejszych moich projektów.

Nie chciałam się żegnać pod epilogiem. Chciałam Was z nim zostawić, żeby nie zabijać jego sensu. Dlatego te kilka słów pozostawiam tutaj.
A teraz do sedna.

Dziękuję Mili, że dawała mi solidne kopniaki (mentalne, żeby nie było!), które motywowały mnie do pisania, kiedy miałam kryzys. „Kończ to Silent Prayer, żeby moje dzieci nie musiały w szkole czytać tego je*anego Pana Tadeusza” – tak, też tak było. Dziękuję jej również za wsparcie, kiedy mój word postanowił usunąć całą historię, nie pozostawiając ani jednej literki.  Dziękuję za wszystkie komentarze, te klawiaturowe i słowne, bo naprawdę wiele dawały.

Dziękuję Mani, że również podnosiła mnie na duchu, kiedy SP zniknęło z mojego dysku, a także motywowała do zakończenia tej historii.

Dziękuję @Love_Rain_ za obecność tutaj i najpiękniejsze komentarze, jakie dane mi było czytać.

Dziękuję @im_penguin_luke za ta liczne gwiazdki i dotrwanie do samego końca.

I dziękuję również Wam wszystkim, którzy się nie ujawniali bezpośrednio, za te wyświetlenia, gwiazdki i komentarze. Nie macie pojęcia jak bardzo mnie te ślady cieszyły.

Jeszcze co do zakończenia, nie widziałam innej możliwości. Analizowałam wszystkie na różnorakie sposoby i właśnie ten, na którym ostatecznie stanęło, wydawał się mi być najodpowiedniejszy. Smutne (dla mnie wyjątkowo), ale tak musiało być.

Nie znikam! Postaram się jeszcze coś niecoś publikować i już teraz zapraszam Was na Wake Me Up, gdzie pojawił się prolog. Link znajdziecie na moim profilu. Klimat tej historii będzie trochę inny. Z pewnością mniej depresyjny, dlatego mam nadzieję, że spotkamy się pod kolejnymi rozdziałami. : )

Na zakończenie chciałam jeszcze raz podziękować! W imieniu swoim i bohaterów. I, cóż, z wielkim bólem serca przy Silent Prayer zaznaczam „zakończone”. Mam nadzieję, że ktoś z Was jeszcze kiedyś tutaj wróci. Trzymajcie się! 

sobota, 11 lipca 2015

Epilog

            Szara chmura dymu papierosowego rozmywała się w grudniowym powietrzu, pozostawiając po sobie ulotną smugę. Zimne powietrze otulało jego zgarbione ramiona, okryte materiałem czarnej bluzy. Niebo już dawno z przezroczystego błękitu przeszło w mroczny granat, delektując się ostatnimi muśnięciami bladego słońca.
            Opierał się o przemarzniętą barierkę, czując jak zimno wdrapuje się po jego skórze, kąsając każdy jej fragment. Nie przeszkadzało mu to. Dużymi oczami wpatrywał się bowiem w linię horyzontu pomalowaną delikatnym brzoskwiniowym odcieniem, w prawej ręce obracając białą kopertę.
            Równy rok później wszystko wyglądało tak samo. Przed jego domem nadal rósł wielki dąb, jego samochód nadal dziwnie warczał przy wrzucaniu trzeciego biegu, a w sklepie na rogu ciągle pracował ten sam mężczyzna, który zawsze sprzedawał mu tę lepiej wypieczoną bagietkę. Tutaj wszystko pozostało takie samo.
            Zmiany zaszły na innej płaszczyźnie, na tej bliższej jemu samemu, tej, która o trzeciej w nocy nie pozwalała zmrużyć oczu, nękając pamięć kadrami z przeszłości. Czuł powiew świeżości, czegoś zupełnie nowego. Mimo wszechobecnej pustki, zagościł u niego spokój. Jego życie było pełne paradoksów, a ta sytuacja była tylko jednym z nich. 
            Zacisnął mocniej suche usta wokół tlącego się papierosa, po czym zaciągając się. spojrzał przymrużonymi oczami na skrawek papieru. Pozostało jeszcze tylko to. Był jej to winien, bo najzwyczajniej zabrakło im czasu. Może w przeciwnym wypadku wydarzenia potoczyłyby się inaczej i nie zostałby zmuszony do pożegnania się kartą papieru. Mimo tego nie czuł żalu. Nie mógł go czuć, gdyż każdy samodzielnie podejmuje decyzje. Ona postanowiła odejść. Nie mógł jej tego zabronić.
            Z cichym westchnięciem podrapał się po policzku, po czym gasząc peta wszedł do ciepłego pomieszczenia. Żarliwe płomienie jazgotały w kominku, rzucając na panele żółte światło. Ostatni raz przejechał palcami po chropowatym papierze i z całkowitą obojętnością wrzucił go do paszczy ognistych języków. Koperta w momencie zajęła ogniem, który w krótkim czasie strawił niemal całą jej powierzchnię, pozostawiając po sobie tylko czarny pył.
~*~
There's no end. There is no goodbye.
Londyn, 16.09.2014r.
Zayn!
Wydaje mi się, że po tym wszystkim będę Ci winna jakieś wytłumaczenie. Jeżeli nie będziesz chciał tego czytać, rozumiem. Chociaż pewnie czy tak i tak się tego nie dowiesz. Zastanawiam się czy kiedykolwiek w ogóle otrzymasz ten list, bo może zaplątać się między moimi rzeczami i tyle z tego będzie.
Wiesz dobrze, jak bardzo nienawidzę łez, a one teraz jak na złość spływają po moich policzkach prosto na atrament. Dlatego też przepraszam za ewentualne plamy, czy też rozmazane słowa. Nie mam już siły trzymać tego wszystkiego w sobie. Skoro to ostatnie chwile, to mogę przecież płakać. A dlaczego by nie?
Właśnie, nie mam już siły. Zbyt długo zajęta byłam ich pozyskiwaniem. Szukałam ich dosłownie wszędzie, by ostatecznie się dowiedzieć, że mi ich poskąpiono. Byłam słaba. Nie wytrzymałam. Bo Ty masz swoje życie, które diametralnie różni się od tego mojego, pełnego sprzeczności i bałaganu. W Twoim świecie nie ma miejsca na kogoś takiego jak ja. Szczególnie z moją chorobą. Nie chciałam Ci o niej mówić, bo to by było za dużo. Za dużo bym od Ciebie wymagała, za bardzo bym się do Ciebie zbliżyła. Czy tak i tak już popełniłam błąd.
Przyzwyczaiłam się do Ciebie, aż wreszcie stałeś się moją codziennością. Nie chciałam tego, bo wiem jak wygląda moje życie. Ludzie ode mnie uciekają, bo stanowię za duży problem. I tym właśnie byłam. Problemem.
Wiesz, w pewnym momencie myślałam, że możesz mi pomóc. Że jakoś sobie poradzę. I chyba po raz pierwszy pozwoliłam sobie na życie ze złudzeniem. Odepchnęłam wszelkie obawy i wątpliwości. Postanowiłam zaufać. Ale kiedy mój stan znowu uległ zmianie zrozumiałam, że złudzenia nie są dla mnie. Prysnęło to wszystko jak bańka mydlana, a Ciebie wtedy nie było obok.
Bałam się. Nie masz pojęcia jak bardzo się bałam. Ale strach od zawsze był moim towarzyszem, więc na nowo się z nim zaprzyjaźniłam. Wtedy uświadomiłam sobie jak bardzo się różnimy. W jakim świecie żyjesz Ty i jakie masz przed sobą możliwości. Nie może Cię zatrzymywać ktoś taki jak ja. A doskonale wiem, że to co robisz sprawia Ci radość. I dobrze jest widzieć Cię szczęśliwego. Potrzebowałeś się tylko odnaleźć. To nic złego. Przecież każdy z nas się gubi. Tylko mnie już nie można znaleźć.
Od dłuższego czasu obserwowałam wszystko dookoła. W szczególności patrzyłam na Was, bo na tym najbardziej mi zależało. Mike na dobre zaaklimatyzował się w Londynie. Wiesz, że jego rodzice nawet go ostatnio odwiedzili? Dobrze mu się układa z Gią, wiesz, tą moją znajomą jeszcze z czasów szkoły baletowej. Tata wyszedł na prostą. Zerwał z tym paskudztwem, które wyrządziło nam tak wiele krzywdy. Nareszcie pogodził się z odejściem mamy i zaczął nowe życie. I Ty też zaczniesz, uwierz mi. Pogodzisz się z moim odejściem, a wraz z tym przyjdzie coś zupełnie świeżego. Tylko musisz chwilę poczekać. Uwierz mi, tak będzie lepiej. Nie jestem już Wam potrzebna i tylko spowalniałabym Wasze życia.
Nie byliśmy sobie pisani, Zayn. Wydaje mi się nawet, że nasza znajomość nie mogła najzwyczajniej istnieć. Gdyby Mike nie zwlekał z zadzwonieniem do mnie odnośnie stanu taty, wiesz, tego jesiennego wieczoru, to prawdopodobnie byśmy się nie poznali. I gdybym wtedy skręciła w inną uliczkę, podczas gdy uciekałam z domu, nie byłoby tego wszystkiego. Widzisz? Ze mną to są jednak same problemy, bo zaprowadziło Cię to wszystko do tego fatalnego listu. Szlag by to wszystko! Jaka ja jestem głupia, że tego wcześniej nie zatrzymałam, że pozwoliłam na naszą znajomość. Chyba byłam zbyt egoistyczna.
Bo wiesz, my jesteśmy trochę jak ciała niebieskie w czasie całkowitego zaćmienia słońca. To zjawisko zdarza się raz na kilkadziesiąt lat i jest niepermanentne. Słońce, Księżyc i Ziemia stają w jednej linii tylko na parę chwil, by zaraz ruszyć dalej swoimi własnymi ścieżkami. Trwałość tego zjawiska miałaby potworne skutki. To tak jak z nami. Sam powiedz.
Chciałabym Cię prosić o jedną rzecz. Podczas naszego ostatniego spotkania powiedziałeś, że myślałeś o mnie. A ja potrzebowałam Twojej pamięci, zarówno jak i Twoich słów. To mnie chroniło. Dzięki temu mój strach malał. Dlatego też proszę Cię, pamiętaj o mnie czasami. Nie za często, bo jednak nie wolno żyć przeszłością. Ale pamiętaj o mnie, bo może dzięki temu znów będę się mniej bała, gdziekolwiek mnie zaniesie.
Będę już kończyć, bo to co miałam powiedzieć, chyba już przekazałam. Nie ma sensu tego wszystkiego przedłużać, zaufaj mi. I mimo wszystko, dziękuję Ci. Może i nasza znajomość była błędem, dziękuję, bo stała się jedną z najlepszych rzeczy jaka kiedykolwiek mi się przytrafiła. Musisz też wiedzieć, że nigdy nie chciałam być Twoim wspomnieniem, Zayn. Ale nie zawsze otrzymujemy też to, czego pragniemy. Tak to już jest. Nie zapomnij, że obiecałeś mi, że sobie poradzisz. Tak jak wtedy, pamiętasz?
Zatrzymałam kilka chwil na tym wilgotnym już papierze (nienawidzę płakać!), a teraz Ty musisz je zakończyć. No właśnie. Chwile. Nasze życie składa się z serii chwil, a każda jest podróżą do samego końca. Pozwól im odejść. Pozwól im wszystkim odejść.*
Livia
~*~
Disappear with the night.
21.12.2015r.
Livia!
Dziś mija rok. Równy rok odkąd po raz ostatni się do mnie odezwałaś. Od kiedy ostatni raz spojrzałem w Twoje zmęczone oczy. Zastanawiam się, kiedy to minęła. I dlaczego czas biegnie tak szybko. A może tak jest tylko dlatego, że Ciebie nie ma obok?
Przez ten rok nie miałem odwagi, żeby się do Ciebie odezwać. Wszystko było za świeże. Wszystko jeszcze paliło. To co wtedy czułem diametralnie różniło się od sytuacji, kiedy jeszcze byłaś w śpiączce. Wtedy karmiłem się nadzieją. Miałem Cię na wyciągnięcie ręki, niezależnie jakkolwiek to brzmi. Teraz Cię nie ma. Nie mogę Cię dotknąć. Nie mogę Cię pocałować. Nie mogę powiedzieć „Idę do Liv”, bo Ciebie najzwyczajniej już tu nie ma. Szukałam Cię wszędzie. W parku, w mieszkaniu, na Brighton Pier, w centrum Londynu, w Twoich swetrach i w drogeriach między zapachem Twoim perfum. Nigdzie Cię nie było. Chociaż nawet nie, to złe określenie, bo dotyczy tylko tej fizycznej strony. Napisałaś, że Twoje życie było pełne paradoksów. O jednym chyba nawet nie miałaś pojęcia. Bo widzisz, wszędzie jest pusto, nawet bardzo i tylko pełno jest Ciebie. Mimo że odeszłaś, nadal jesteś obecna. Tylko ja nie chcę takiej obecności. Wolałbym, żebyś tu była, razem ze mną. Nie chcę tych wszystkich wspomnień, ani też naszych cieni. Chcę Ciebie. I rok czasu zajęło mi pogodzenie się z tą myślą. Gdy tylko przymykałem powieki, widziałem Ciebie. Stawałaś przed moimi oczami uśmiechnięta, ciepła i żywa. A kiedy je otwierałem, Ciebie już nie było. Przyzwyczajenie się do tej nowości nie było, a nawet w dalszym ciągu nie jest, łatwe. Mówiłaś mi co innego, czyż nie?
Komplikacje. Wszędzie komplikacje. Ze wszystkich stron słyszy się, że coś poszło źle, że coś nie wyszło, że wystąpiły jakieś problemy. I właśnie o takich problemach powiedział mi lekarz, kiedy tego grudniowego poranka przyszedłem do szpitala, by zastać zaścielone łóżko. To w tym wszystkim było najgorsze. Że byłem przekonany, że już jesteś z nami! Że na dobre się obudziłaś! Twoje nabieranie sił miało trwać trochę czasu. Wkrótce miała powrócić Ci pełna zdolność odbierania bodźców. Zamiast tego dostałem zupełne przeciwieństwo, coś z drugiego bieguna. Coś, co już niczego nie pozostawia. Poczułem się oszukany. Zdradzony. Ale musisz wiedzieć, że było mi tak nagle lżej. Bo uświadomiłem sobie, że może tak dla Ciebie było lepiej. Tylko te pierwsze miesiące były najgorsze. Pierwsze chwile całkowicie bez Ciebie.
Pewnie niesamowicie zdenerwowałabyś się za to, co teraz napiszę, ale czy tak i tak to już chyba nie ma znaczenia. Mianowicie połowa tego, co napisałaś w liście była stekiem bzdur. Tak, przeczytałem go. Nie mogłem pozwolić, żebyśmy utknęli w takim miejscu.
Potrzebowaliśmy Cię wszyscy. Ja Cię potrzebowałem! Dzięki Tobie to wszystko miało sens. A teraz? Wszystko jest ubogie, nawet muzyka straciła dla mnie sens. Odszedłem z zespołu, bo to nie miało najmniejszego sensu. Nie wtedy, kiedy Ciebie nie ma. Najzwyczajniej to Ty dawałaś mi siłę do tego wszystkiego. Chociaż dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że Ty potrzebowałaś mnie bardziej niż ja Ciebie.
Jestem potwornie zły, że nie dowiedziałem się od Twoim stanie. Powiedzieli mi w szpitalu, kiedy już leżałaś podpięta do tej całej aparatury. Dlaczego mi nie uświadomiłaś? Napisałaś mi, że zachowałaś się egoistycznie, co mnie niesamowicie sfrustrowało. Chyba ostatnią rzeczą jaką można było o Tobie powiedzieć to właśnie to, że byłaś egoistką. Nie, Livia. Nie byłaś. Pod tą maską obojętności starałaś się, by wszyscy byli szczęśliwi i nie oczekiwałaś nic w zamian. Nie pozwalałaś się odwdzięczyć. I to doprowadziło do najgorszego. Nie dałaś sobie pomóc.
Kłamstwem jest, że miałem swoje życie. Ty byłaś jego częścią, więc niejako żyliśmy razem. Pomógłbym Ci, gdybym tylko wiedział. I to ja skopałem sprawę, że wcześniej się nie zorientowałem. Może teraz wszystko wyglądałoby inaczej. Nigdy Ci tego nie mówiłem, bo najzwyczajniej się bałem, a w dużej mierze dlatego, że nie zrozumiałem tego na czas. Znaczyłaś dla mnie bardzo dużo. A później, kiedy zasnęłaś tylko utwierdzałem się w przekonaniu, że tak naprawdę Cię kocham. Próbowałem nas uratować. Chciałem sprawić, żebyśmy trwali jak najdłużej, nawet jeśli miałyby to być tylko wspomnienia. Ta cicha modlitwa nie pomogła. Nasza miłość na pewno wciąż trwała , ale po prostu była bezużyteczna, ciężka do udźwignięcia, bezwładna w nas, jałowa jak zbrodnia lub potępienie. Była tylko cierpliwością bez przyszłości i upartym czekaniem.**
Porównałaś nas do ciał istniejących w kosmosie. Kosmos jest próżnią, my nią nie byliśmy. Zapełniliśmy ją rozmowami, spojrzeniami i wspomnieniami. Poza tym wplątałaś w to wszystko te ciała niebieskie. A przecież Ziemia krąży wokół Słońca. A skoro z nią idzie w parze Księżyc, cała ta trójka jest ze sobą połączona. Nie rozdziela się, każde w swoją stronę tylko trwa razem. Może nie w jednej linii, ale jednak.
Nie chcę wiedzieć, dlaczego nie rozważyłaś swojego pozostania tutaj. Nie chcę też wiedzieć dlaczego sięgnęłaś po te cholerne tabletki zamiast wybrać nas. Wszystko to pozostawię Tobie. Zamiast tego, chciałem jednak podziękować. Za każdy dzień wspólnie spędzony, za każde Twoje słowo, za najdrobniejsze spojrzenie i za najbardziej nikły uśmiech, z którym swoją drogą było Ci bardzo do twarzy. Dziękuję za odnalezienie mnie, kiedy sam nie zorientowałem się, że się zgubiłem. Chciałbym, aby to samo przytrafiło się Tobie. Niestety nie mam Cię nawet gdzie szukać. I dziękuję również za nas, mimo że prawdopodobnie nie istnieliśmy.
Jak dla mnie nasza znajomość nie była błędem. Była czymś, co wydarzyć się musiało. Czymś, czego oboje potrzebowaliśmy. I nie byłaś żadnym problemem. Skąd Ci to przyszło do głowy? Oboje takowe posiadaliśmy, fakt, ale to właśnie Ty sprawiałaś, że te moje problemy stawały się lekkie. Że najzwyczajniej sobie z nimi radziłem. O rany, pewnie teraz wciągnęłabyś głośni powietrze, chowając wargi, a Twoje kości policzkowe wystawałyby wyraźnie z frustracji, po przeczytaniu tego. I to ja jestem nierównoważony, bo wyobrażam sobie Ciebie teraz obok mnie i Twoje reakcje na różne sytuacje. Widzisz? Takich popaprańców świat nie widział i to jest kolejny dowód na to, że byliśmy sobie pisani.
Twój tata zamieszkał z Mary. Z tego co wiem, planują ślub. Mike otworzył własny sklep z płytami i ma się naprawdę dobrze. Z chłopakami funkcjonujemy jako zespół, ale już nie w sensie muzycznym. Liam spodziewa się dziecka, Niall kursuje między Irlandią a Londynem, bo jakżeby inaczej. Harry coś brzdąka, a Louis powoli wychodzi na prostą, bo on chyba najgorzej przeżył to, co się stało. On też nad tym wszystkim pracuje. A ja? Zacząłem pisać sporadyczne teksy i jakoś funkcjonuję. Chociaż o tym wszystkim pewnie wiesz, bo nadal trzymasz nad nami pieczę. Nieważne. Jeśli jeszcze kiedyś się spotkamy, opowiem Ci o tym wszystkim co Cię ominęło, bo teraz nie ma sensu się rozpisywać. Te historie byłyby niepełne. Przecież mam jeszcze całe życie do przejścia.
Mówiłaś, że potrzebujesz moich słów i mojej pamięci. O to nie musisz się obawiać. Cały czas mam Cię ze sobą, gdzieś między szczelinami żeber, ukrytą pod kotarą skóry. I tam już chyba zostaniesz, wiesz? Niezależnie czy Ci się to podoba czy nie. Dla mnie jesteś nadal żywa, mimo że pewnym rzeczom pozwalam odejść. Uczę się tego z dnia na dzień. Chociaż czy tak i tak mam wrażenie, że z każdym upływającym miesiącem jest Cię ze mną coraz mniej. Właśnie, to jest jedna rzecz której chyba się boję. Że wreszcie tak bardzo zatrzesz się w mojej podświadomości, że nie będę w stanie przywołać żadnego szczegółu. Ale pamiętam o Tobie. Już nie musisz się bać. Możesz spokojnie zasypiać.
Teraz chyba moja kolej na to ostatnie pożegnanie, czyż nie? Nigdy nie byłem dobry w dobieraniu słów. Chcę tylko powiedzieć, że za Tobą tęsknię, że brakuje mi Ciebie na co dzień. Wracasz do mnie niemal każdego wieczoru, wracasz w poszczególnych piosenkach, wracasz wraz z zapachem jesieni. Ale tak naprawdę już Cię tu nie ma. Mam nadzieję, że jest Ci dobrze tam gdzie jesteś. Że już nic Cię nie boli, że nie ma tam łez i smutku, bo tego bym nie zniósł. O mnie się nie martw. Radzę sobie tak, jak obiecałem.
Zayn
~*~
*Now is good
** Albert Camus – Dżuma


piątek, 26 czerwca 2015

28.

Od autorki: Ostatni. Wszystko musi mieć kiedyś swój koniec. I nieważne jak bardzo chciałabym odłożyć zakończenie tej historii, wiem, że to nie ma sensu. Dlatego oddaję Wam ostatni rozdział z nadzieją, że się spodoba. Co do epilogu, zdecydowałam się go opublikować i miejmy nadzieję, że nic się nie zmieni, bo ze mną nigdy nic nie wiadomo. Do napisania i cieszcie się wakacjami! <3
*

Please don't close your eyes. Don't know where to look without them         
Zimny wiatr przenikał przez uchylone okno, rytmicznie poruszając jasnymi żaluzjami. W sali dało się czuć chłód tego zimowego poranka, który w żadnym aspekcie nie zwiastował przyjemnego dnia. Jedynie drobne płatki śniegu zlatywały z mlecznego firmamentu nieba kontrastując z jałową ziemią.
Siedząc przy zasłanym łóżku, troskliwie gładził trzymaną dłoń. Brązowymi tęczówkami wpatrywał się w jej przymknięte powieki, które tyle razy były napuchnięte od płaczu. Za nimi kryły się duże szare oczy, które mimo swojego odcienia tworzyły wokół siebie nieprzeniknioną warstwę tajemnicy. Rzęsy nigdy nie były zbyt długie, jednak ich gęstość powodowała, że kości policzkowe okraszone były zawsze skrawkami bladych cieni. Porcelanowa twarzyczka pogrążona była w całkowitym spokoju, a jemu wydawało się, że żadna emocja nie może zmienić tego wyrazu. Trudno bowiem mu było ponownie odtworzyć rysy odzwierciedlające dany jej nastrój. Chłód muskał jej skórę, wysuszając każdy jej fragment. Wielka tuba w jej spierzchniętych ustach jedynie pogłębiała marność tego widoku. Drobne ciało Olivii nikło bowiem w połach białej pościeli i nawet hebanowe włosy lejące się po materiale poduszki nie były w stanie tego zatuszować.
- I co ja ci mam jeszcze powiedzieć, co? – zapytał cicho. Nie czuł wyrzutów, nie czuł smutku. Była w nim jedynie pustka i dopiero teraz zdał sobie sprawę, dotarł do tego punktu, gdzie nie mógł zrobić już zupełnie nic. Nawet wspomnienia mają swoje limity. Powiedział już wszystko co mógł, więc pozostało jedynie suche czekanie. Wydawało mu się, że stoi w jakimś dziwnym miejscu. Zupełnie nowym miejscu. Czuł się nieswojo z tą myślą, gdyż nie potrafił znaleźć żadnej ścieżki, którą mógłby podążyć.
- Lekarze mówią, że słabniesz i wydaje mi się, że ja również to widzę. Więc na co czekasz? Czemu nie możesz się obudzić? Czemu po prostu tutaj nie wrócisz?! – rzucił z frustracją. Chyba po raz pierwszy odczuwał przy jej łóżku tak silną złość.
Ukrywszy twarz w dłoniach, wziął parę głębokich oddechów i dopiero wtedy dziwne napięcie zeszło z jego barków. Zagryzł wargi, potrząsając głową, gdyż uzmysłowił sobie, że targają nim skrajności. Zawsze bał się takich momentów, więc ze wszystkich sił próbował uspokoić drżące oddechy.

- Jeszcze kiedyś pójdziemy na spacer nad Tamizę, albo do parku i wreszcie posadzimy tam jakiś krzak, żeby zasłonić to przejście – odezwał się po chwili milczenia, rozprostowując się na krzesełku. - Wezmę cię do Adeli, żebyś na nowo nabrała sił i zaczęła mi żyć. I wreszcie ugotuję ten zaległy obiad, żebyś się już nie boczyła. Nie wiem czy ci się to podoba, ale zrobimy wystawę twoich prac, bo na serio, mów co chcesz, ale zasługują na uwagę. Ach, no i trzeba będzie pozbyć się tego depresyjnego dziennika, który swoją drogą pisany jest dla ciebie. Co powiesz na utopienie go w morzu? Może zrzucimy go z Brighton Pier, co? Spocznie w tym samym miejscu co ten feralny papieros podczas ostatniego wyjazdu. Pozwolę ci wtedy zjeść to borseto, ale kawy bez mleka czy tak i tak nie wypijesz, więc nie masz na co liczyć. Ale przede wszystkim będę z tobą, żeby nadrobić to, co straciliśmy, dobrze?

- Zayn? – Chłopak odwrócił się w stronę głosu, unosząc pytająco brew. – Chodź na korytarz.
- Widzisz, już teraz ktoś ma zastrzeżenia co do tych planów – zaśmiał się, a po wcześniejszej złości nie było już śladu. Ułożył jej dłoń na materacu, po czym skierował się w stronę Stevena.
- Coś się stało? – zapytał, poważniejąc na widok lekarza. Podrapał się ze zdenerwowania po brodzie, gdyż mina medyka nie wyrażała nic konkretnego.
- Postanowiliśmy ją dzisiaj wybudzić – oznajmił mężczyzna, w międzyczasie kierując sztab pielęgniarek w stronę sali Livii.
Chłopak przez chwilę stał w zawieszeniu, przyswajając informację.
- Obudzić ją? Co? Przecież… przecież to zabójstwo! – poderwał się chłopak.
- Albo teraz albo nigdy – skwitował lekarz, posyłając mu wymowne spojrzenie, po czym odbierając kartotekę, skierował się do pomieszczenia.
Zayn poczuł jak fala ciepła uderza w jego ciało, a nieprzyjemny dreszcz wstrząsa każdą jego tkanką. Był pewien obawa, a wielkim niedomówieniem byłoby stwierdzenie, że nie popierał tej akcji. On wręcz jej nienawidził, obawiając się najgorszego.
Rozpaczliwie odwrócił się za medykiem, usiłując jeszcze wykrzyczeć jakieś słowa sprzeciwu, jednak głos uwiązł mu w gardle.
- Ale… Steven, zrób coś! – Ciemne spojrzenie raziło strachem, którego w żaden sposób nie można było załagodzić. Tak musiał po prostu być.
- Niech spróbują. Jeżeli tego nie zrobią, odejdzie sama – wychrypiał słabo, kładąc dłoń na ramieniu bruneta. Ten obróciwszy się, dopiero wtedy dostrzegł wilgotne ślady pod piwnymi oczami, a także potargane włosy mężczyzny. Z tą chwilą przestał myśleć tylko o sobie. Ta sytuacja była ciężka dla nich wszystkich, a najgorszym co mógł od siebie dać, było okazane zwątpienie.
            ~*~
Musiało minąć sporo czasu, aż wreszcie lekarze zdecydowali się wpuścić bruneta do sali. Cała procedura wybudzania, a w zasadzie jej końcowy etap, została przeprowadzona bez większych komplikacji, dzięki czemu baletowe ciało ponownie zostało ułożone na miękkim materacu. Tym razem bez wkładanej tuby, a także ze zmniejszoną ilością kabli.
Ponownie trwał przy jej łóżku, trzymając chudą dłoń. Ustami muskał alabastrową fakturę skóry, cicho szepcząc własną modlitwę. Słyszał urywki rozmów lekarzy, które w żaden sposób nie potrafiły go uspokoić. Ciągły strach na dobre zakotwiczył się w jego podświadomości. Przylgnął do niego zbyt szczelnie, by nagle stać się szarą smugą wspomnienia. Aparatury co jakiś czas zmieniały częstotliwość pikania, co dodatkowo budowało w nim paniczny lęk.
- Nie waż się umierać. Jeszcze nie skończyliśmy. Nie skończyłem cię kochać* - wyszeptał przez zaciśnięte zęby.
            ~*~
Cisza. Gęsta i nieprzenikniona cisza otulała jej ciało. Wszystkie bodźce docierały do niej z drugiej ręki. Traciły na intensywności i jedynie przelotnie skubały jej zmysły. Nie dała rady poruszyć kończynami, nie rozróżniała zapachów. Ciemność której zawsze tak bardzo się bała, stanęła teraz przed jej oczami, swoimi długimi mackami zniewalając ją całą.
Zawieszenie w płaszczyźnie półsnu nie było jednak całkowite. Pewne rzeczy czuła wyraźniej. Dobrze znane głosy przedzierały się do niej, mimo że nie była w stanie skupić się na ich rozróżnieniu. Pewne przebłyski powracały do jej pamięci, w dalszym ciągu mając zamazane kształty.
Czuła jednak matczyny dotyk. W uszach zawdzięczał jej śmiech Diany. Przed oczami stanęła mała dziewczynka bawiąca się z ojcem. Wrócił widok stołu pełnego rysunków, a także zapach marcepanu na baletowej sali. Na ustach czuła smak słońca tych beztroskich dni, który szybko przerodził się w gorzką woń pewnego deszczowego wtorku. Powróciły krzyki i trzaskanie drzwiami. Na policzkach osiadły strużki wylanych łez. Po głowie rozniósł się abstrakcyjny trzask gniecionej blachy samochodu. W jej wnętrzu znów zaczął unosić się smutek. Miesiące zwyczajnego egzystowania, brak oparcia oraz osobisty sposób obumierania. Na chwilę pojawił się przebłysk walki i odwagi, szybko stłamszony stanowczym dotykiem męskiej dłoni. Zaschnięta krew, purpurowe siniaki tak doskonale odznaczające się na tle papierowej skóry. Wrócił toksyczny zapach strachu pomieszany z alkoholem, paznokcie wbijające się w skórę, a także zgryzione wargi. Między tymi wspomnieniami pojawiała się jasna czupryna i silne ramiona blondyna, które łagodziły gorzki żal. Jednak to nie wystarczało. Jakby brakowało jej powietrza. Płuca choć sprawne, nie potrafiły napełnić się czystym tlenem, wtłaczając jedynie brudne opary. Kręciła głową, zaciskała powieki, drapała skórę. Jak najszybciej chciała uciec od tych obrazów, niestety na próżno. Aż do pewnego momentu. Woń papierosów jeszcze nigdy nie była aż tak znajoma, a jesień nigdy później nie wydawała się tak oczyszczająca. Gdzieś między spadającymi liśćmi rozpaczy, spojrzały na nią czekoladowe tęczówki pełne ciepła i troski – tak nieznanych dla nie uczuć. I wtedy subtelna płachta będąca nim samym otuliła jej zmarznięte ciało, nie pozwalając na więcej zła. Na początków nie wiedziała czy się zgodzić, walczyła. Jednak zdawszy sobie sprawę, z czym tak naprawdę toczyła ten bój, zrezygnowała. Nie wiedziała jednak, że ta znajomość posunie się do takiego punktu. Nie zdążyła jej zatrzymać. Na skórze czuła jego dotyk, w płucach wirował zapach jego perfum, a szeroki uśmiech rozkładał na czynniki pierwsze każdy jej mur. Powróciła atmosfera ich spacerów, długich wyjazdów, przegadanych nocy przy kubku kawy. Znowu zapukał kadr śnieżnego Londynu oraz świst październikowego wiatru. Coś ich połączyło, nie pozwalając żadnemu z nich istnieć osobno. Po chwili jednak wróciło echo fałszywych słów, zatajana prawda i nagłówki gazet. Jego ignorancja, ta inna, zostawienie jej samej sobie bez ani jednego słowa. Tak dobrze znana jej tęsknota ponownie się odezwała, paląc klatkę żeber żywym ogniem. Łzy, hausty powietrza, wypieranie się. Najgorsza była świadomość, że czuła coś, czego tak bardzo się bała. Coś, czego czuć wcale nie chciała. Próbowała to tłamsić, próbowała dusić – na nic. A kiedy się z tym pogodziła, najzwyczajniej jego wtedy zabrakło. Później pojawiły się tabletki, zawirowania w głowie, twarde płytki i nagłe uczucie wolności.
Widziała jego załamaną twarz, próbującą sobie całą tę sytuację wytłumaczyć. Widziała jego żmudne poszukiwanie. Aż wreszcie ujrzała godną podziwu przemianę i pogodzenie się z tym co jest. Była obecna przy każdym wspomnieniu, czując ich siłę. Przecież obiecał, że sobie poradzi. To co usłyszała przez te kilka miesięcy zaczynał ponownie do niej wracać, tworząc zupełnie nowy obraz.
Była dumna również z ojca, który wreszcie obudził w sobie to, co tak dawno pogrzebał. Wreszcie się uśmiechał. Znalazł nową miłość. Mógł ułożyć sobie życie. A ona, widząc to wszystko, poczuła się naprawdę szczęśliwa.
Nagle we wnętrzu poczuła jakieś szarpnięcie. Coś ścisnęło ją w piersi, załamując dobiegające z zewnątrz głosy. Poczuła zapach lekarstw oraz sterylizowanych pomieszczeń. Jakiś mężczyzna coś wołał, z boku nadbiegał inny. Ktoś coś podpinał do jej ciała. Tylko jedna kobieta pochylała się nad nią mamrocząc, że ma do czego wracać. Że wszyscy czekają. Że On czeka.

On?
- Nie waż się umierać. Jeszcze nie skończyliśmy. Nie skończyłem cię kochać.*
Wszystko stawało się coraz bardziej wyraziste. Zły koszmar odchodził we własną stronę, ostatnimi liźnięciami grozy traktując podświadomość. Coś kazało jej podnieść powieki, które teraz wydawały się niesamowicie ciężkie. Obraz początkowo był zamazany, jednak z każdą chwilą powracała ostrość. Nieznacznie pogładziła jego palce, zaciskające się wokół jej dłoni, co spowodowało, że czarna czupryna uniosła się ku górze, spoglądając z utęsknieniem w szare tęczówki.
Jej wargi wymamrotały jedno krótkie słowo. I wraz z tym, spokój ogarną każdą komórkę jego ciała, a wraz z nim przyszła ta długo oczekiwana ulga. Pergamin cichej modlitwy został ucięty. Nic się dla niego nie liczyło. Tylko para krystalicznych oczu, słaby świst powietrza spomiędzy jej ust, subtelny dotyk palców i poczucie, że papierowe serce odżywione dawką Jej obecności, może na nowo funkcjonować.

Jesteś.


* Grey’s Anatomy

poniedziałek, 15 czerwca 2015

27.

Od autorki: Dobiegliśmy do końca retrospekcji. Ogromne brawa dla tych, którym się to udało. Przed nami ostatni rozdział, który pojawi się pod koniec przyszłego tygodnia. Co do epilogu mam wątpliwości, czy publikować. Jeśli chcielibyście go zobaczyć, dawajcie znać. I zapraszam do komentowania, gwiazdkowania etc. Aż mi dziwnie po tym rozdziale, powiem Wam. Tak... pusto? Trzymajcie się i enjoy!
*
Ciemność zalała wypełnioną po brzegi arenę i tylko błyski fleszy z poszczególnych sektorów rozświetlał cały obszar. Dopiero po chwili na ustawionej scenie na nowo rozbłysły światła, których blask delikatnie tlił się, okalając jasnością środkową część podestu. Przed publiką ustawiony został jeszcze jeden stół wraz z czterema krzesłami, jednak zasiadające na nich osoby również pogrążone były w ciemności.
Kolejny wieczór, kolejny występ. Praca na nowo pozwalała mu przywrócić względną stabilność, której tak bardzo potrzebował. Kiedy wykonywał wszystko tak, jak przed tym feralnym wrześniowym dniem, jakiś dziwny skrzep powietrza utworzony w okolicach tchawicy zaczynał się podnosić, wypuszczając świsty zmęczonych oddechów, pragnących wreszcie rozmyć się w normalności.
Gwar i piski powoli zaczęły się wygłuszać, a arena stopniowo milkła. Liam zbliżył mikrofon do ust, uśmiechając się wesoło.
- Cześć wszystkim! Mieliśmy dzisiaj wystąpić z nowym singlem, jednak postanowiliśmy nieco zmienić plany i zwolnić troszeczkę tempo. Mamy nadzieję, że to zrozumiecie.
Po jego słowach pozostała trójka zasiadła na ciemnych skrzyniach ustawionych tuż prze stojakach, natomiast Zayn nieznacznie zbliżył się do nagłośnienia.
- Dlatego też przed wami Moments, bo czasami wspomnienia to jedyne co mamy – posłał wszystkim spokojny uśmiech. Zaskoczył sam siebie, bo jeszcze kilka dni temu w życiu by nie przypuszczał, że tak łatwo przyjdzie mu zapowiedzieć występ, a tym bardziej pokazać się ludziom i niejako odsłaniać przed nimi prywatną sytuację. Ten uśmiech nie był fałszywy, ani też krzywy. Był opanowany, wysłużony i niejako pewny siebie.
O ile to możliwe, arena całkowicie zamarła, zamieniając się w żywe morze białych świateł, a z głośników popłynęły pierwsze wersy piosenki.
Shut the door. Turn the light off. I wanna be with you.
~*~
Ciemny Range Rover sunął po oświetlanym reflektorami asfalcie około godziny dwunastej w nocy. Harry zaciskał dłoń na kierownicy, drugą całkowicie zrelaksowaną trzymając na biegach. Krajobraz za oknem szybko ulegał zmianie pozostawiając przed oczami rozmazane kształty mijanych obiektów. Hałas wywołany przez opony pojazdu został niemal całkowicie wygłuszony przez szczelnie domknięte szyby i tylko ciche szumienie wypełniało wnętrze.

Zayn siedział na siedzeniu pasażera, wpatrując się w widok po lewej stronie okna. Czoło przyciśnięte do chłodnej szyby zostało zakryte opadającymi włosami, a zmęczone oczy z wielkim trudem wychwytywały pojedyncze kadry.
Lubił wieczory. Szczególnie od momentu, kiedy to się stało. Do tej pory znacznie bardziej przepadał za południami, szczególnie takimi wolnymi od pracy. Teraz mocne światło dnia niesamowicie go męczyło, odsłaniając jednocześnie każdą zmarszczkę bólu zastygłą na zmęczonej twarzy. Blask promieni jakby odkrywał jego słabości, wystawiając go na widok wszystkich. Wieczory były zupełnym przeciwieństwem. Mrok ogarniał jego myśli, przez co mogły one spokojnie się rozwijać. Mógł na spokojnie analizować wiele spraw, mógł starać się uporać z samym sobą. I nie musiał wstydzić się tego, że ten słynny „gorszy okres w życiu” dopadł właśnie jego.
- Dobrze nam dzisiaj poszło – zagaił Harry, uśmiechając się półgębkiem. – Myślałem, że będzie gorzej.
- Tak, też tak uważam.
Styles zacisnął mocno wargi, jednak ponieważ nie należał do osób łatwo rezygnujących, uchylił spierzchnięte wargi.
- Zdążyłeś się z tym wszystkim już pogodzić? – zapytał, jednocześnie zakleszczając kierownicę w uścisku smukłych palców. – Wiesz, z całą tą sytuacją.
- Bez pożegnania jest to ciężkie – odparł bez przekonania Zayn, nie odwracając się w stronę przyjaciela. Temu jednak nie wystarczyła taka odpowiedź, gdyż jak gdyby nigdy nic, dalej ciągnął tę rozmowę. Było to bardzo dobre rozwiązanie, ponieważ nieświadomie dawał przyjacielowi szansę na pozbycie się wszystkich myśli. Tak to bowiem jest, że za to co długo pozostało niewypowiedziane, prędzej czy później należy odpokutować. A zielonooki wolał darować to spłacanie długów, więc teraz ciągnął Malika za język na tyle, na ile sam sobie pozwolił.
- W takim razie jak wyglądało wasze ostatnie spotkanie? – Zapadała cisza. Zayn nigdy wcześniej o nie myślał o momencie, kiedy po raz ostatni widział Livię żywą. Był zbyt pochłonięty ich wspólnymi wspomnieniami, które daleko wybiegały przed wrześniowy dzień, by skupić się na wydarzeniu rozpoczynającym cały ten podły maraton. Bowiem im bliżej tego wydarzenia, tym więcej pokładów nadziei z niego ulatywało, tym bardziej wątpił, tym bardziej odczuwał chłód spowodowany Jej brakiem. Oddalanie się od bolesnego wspomnienia chroniło go od kolejnych wyrzutów sumienia. Wolał od nich uciekać, by trzymać w myślach ten okres, kiedy miał fałszywe przeświadczenie, że nic im nie może zagrozić.
- Nie wiem – westchnął, dopiero teraz odwracając głowę w stronę Harry’ego. – Nie pamiętam. Ogólnie coraz mniej rzeczy z nią związanych potrafię przywołać. Coraz mniej Jej jest w moich wspomnieniach. Zastanawiam się jak pachniała, jakiego słowa najczęściej używała i ile łyżek cukru dodawała do herbaty. Ostatnio nawet miałem problem, żeby przywołać jej śmiech, a na moim blacie nie było już dodatkowego kubka na herbatę, który za każdym razem w roztargnieniu wyciągałem. Jakby wygasała. Na dobre.
Ponownie milczenie zaległo między nimi, a co gorsza, było ono przesiąknięte dziwną pustką, która za minimalnym muśnięciem wyssała wszelkie chęci i ciepło, pozostawiając po sobie dziurę ciężką do zapełnienia.
- Wiesz, Harry, to, co powtarzała niemal na każdym kroku, niezależnie czy na poważnie, czy w żartach, było związane ze mną. Mam wrażenie, że w zasadzie cały czas za bardzo troszczyła się o mnie niżeli powinna o siebie, chociaż nigdy tego nie pokazywała. Prosiła, żebym był szczęśliwy. Nawet za nas obojga. To chyba trochę taki paradoks, bo bez niej nie potrafię tego zrobić.
            ~*~
Szare niebo ociężale górowało nad wrześniowym Londynem, zwiastując kolejne opady deszczu. Chłodny oddech jesieni smagał porcelanowe policzki, jednocześnie wprawiając w kołysanie hebanowe kosmyki włosów. Cała ta aura nie przypominała już ciepłego i beztroskiego lata. W powietrzu zawisła ciężka melancholia, której odłamki nie pozwalały poczuć się spokojnie. Zbliżała się jesień smutków, których ilość w tym roku miała być nie do udźwignięcia.
Kruche ramiona okryte za dużym szarym swetrem kuliły się do wewnątrz, sprawiając wrażenie, że siedząca dziewczyna jest jeszcze drobniejsza niż w rzeczywistości. Zimne palce podążały za wzorkami na porcelanowej filiżance, na pamięć ucząc się ułożenia małych wypustek, podczas gdy szare spojrzenie pusto wpatrywało się w parującą w środku herbatę.
Livia wyglądała coraz gorzej. Jej napuchnięte powieki sugerowały, że zaraz będzie w stanie się przewrócić, a alabastrowa skóra, tak kontrastująca z fioletowymi sińcami, okrywała już nic innego jak drobne kosteczki. I teraz, ukryta między wąskimi uliczkami, na jednym z kawiarnianych tarasów, wyglądała jak szmaciana lalka targana jedynie chłostami wilgotnego powietrza, jakby nie miała najmniejszej siły, by nawet temu się przeciwstawić.
- Och, Livia! Jak dobrze cię widzieć. – Głos Zayna wyrwał ją z zamyślenia, przez co w momencie podskoczyła w miejscu. Nie zmienił się zupełnie nic przez ten niemal półtorej miesiąca. Chociaż im dłużej mu się przyglądała, tym większe wrażenie odnosiła, że w przeciwieństwie do niej samej, niejako odżył. Tryskając energią, odsunął krzesło, by zaraz zatopić się w objęciach wiklinowego siedziska.
- Rany, jak ja się za tobą stęskniłem! I ogólnie, przepraszam cię, że się tyle czasu nie widzieliśmy, ale zawsze było coś ważniejszego.
Zabolało.
Trajkotał jak katarynka przez dobre dziesięć minut, opowiadając co wydarzyło się u niego przez ten czas. Wtedy zatracił umiejętność rozpoznawania, kiedy Livia słuchała, a kiedy sprawiała taki pozór. Uśmiechała się blado, czując, że to już nie jest ten Zayn. I z każdą sekundą gruby kurz osiadał na jej poranionym wnętrzu, zduszając kolejne spazmy krzyku rozpaczy.
- A u ciebie co słychać? – zapytał wreszcie, spoglądając z radością na obojętną twarz dziewczyny.
- Nie mów, że cię to interesuje.
- Zawsze mnie to interesowało! Nie mów tak nawet – oburzył się, jednak widać było, że tylko żartuje, co jeszcze bardziej ją zdemotywowało.
- Stara bieda.
- No tak, cóż… - zawahał się przez chwilę, nie wiedząc jak dalej pokierować rozmową. Za ten czas szarooka zdążyła napić się chłodnej już herbaty, w dalszym ciągu beznamiętnym wzrokiem spoglądając na chłopaka. – Przez telefon mówiłaś, że masz jakąś ważną sprawę.
Po tych słowach wyprostowała się jak struna, przybierając profesjonalnym wyraz twarzy. Trzeba było wreszcie rozwiązać to, co już dawno nie powinno być ze sobą w bliskim kontakcie. Jednak kiedy otwierała usta, by wypowiedzieć pierwsze zdanie, ktoś zdążył ją ubiec.
- Zayn?! O mój boże, nie sądziłam, że się tutaj spotkamy! – dziewczęcy głos dobiegł zza pleców Olivii, by już po chwili jej oczy mogły zobaczyć jak jego właścicielka podchodzi do Malika i tuli się do jego piersi.
- Cześć, Amy! Też bym o tym nie pomyślał. Ummm, tak ogólnie, to to moja znajoma, Livia. Livia, to moja przyjaciółka Amy. – Brązowooki spojrzał na obie kobiety z lekkim zakłopotaniem, jednak już po chwili wszystko wróciło do normy.

Olivia bardzo dobrze znała szatynkę, która właśnie zajęła miejsce między nią a Zaynem. Była to ta sama osoba, z którą Malik często był widywany. Ta sama, co do której ją okłamał. Ta sama, która nieświadomie go zaczynała odbierać. I kolejna blizna otwarła się na nowo.

- Wiecie co, bardzo was przepraszam, ale będę się już zbierać – poinformowała Livia, wstając z miejsca. Ostatnie dziesięć minut wciskała się bowiem coraz bardziej w swój fotel, obserwując rozmowę pozostałej dwójki. Żadne z nich nie zwracało na nią uwagi, nawet nie zaszczycili jej spojrzeniem. Przygryzała tylko mocno wargę, bawiąc się własnymi palcami, by jakoś odpędzić od siebie złe myśli, a także łzy. Przecież nigdy nie płakała w miejscach publicznych.

- Czekaj, jak to? Przecież chciałaś ze mną o czymś porozmawiać – odparł zaskoczony Zayn.

- Nieważne. Zapomnij o tym. Może się jeszcze zdzwonimy... Mike będzie na mnie czekał na parkingu, więc za bardzo już czasu nie mam – machnęła ręką, usiłując wyglądać naturalnie. – Bawcie się dobrze. – Po tych słowach chwyciła za pasek torebki i zarzucając ją na ramię, skierowała się w stronę wyjścia z wąskiej uliczki.

Jej klatka piersiowa kurczyła się z każdą sekundą, jakby spoczął na niej ogromny głaz. Jej płuca nie mogły normalnie zaczerpnąć powietrza, przez co ścisk w gardle wzrastał z każdą chwilą. Nie zwróciła uwagi jak jej dłonie zaczęły drżeć, a po policzkach spłynęły pierwsze łzy. W głowie miała pustkę. Zupełną pustkę, uniemożliwiającą racjonalne myślenie, które od tamtej chwili pozostało za szczelną ścianą gęstej mgły.

- Livia! – krzyknął za nią Zayn, a jego głos spowodował jeszcze większy ból. Wierzchem dłoni starła mokre strużki i z zaskoczonym wyrazem twarzy odwróciła się w jego stronę. Truchtał w jej kierunku z bladym uśmiechem na pełnych wargach. Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Wydawało się jej, że wszystko teraz już pójdzie dobrze, bo jego pięć minut zostało wykorzystane, jak zostało. Natomiast tym jednym gestem sprawił, że wszystko stało się jeszcze cięższe.

- Hej, wszystko w porządku? – zapytał zziajany, a w jego oczach dostrzegła troskę. – Wyszłaś tak nagle i nie porozmawialiśmy. Głupio wyszło.

Wpatrywała się w niego ze smutkiem przez parę minut. Nie poruszyła się. Nie wykonała najmniejszego gestu. Chłodny wiatr rozwiewał jej włosy, odrzucając je wprost na alabastrowe policzki, a szare oczy z każdą sekundą stawały się coraz bardziej puste.

- Liv? – zapytał niepewnie. Przygryzła mocno wargę, po czym zarzuciła mu ręce na szyję, przyciskając policzek do szyi. Objął protekcyjnie jej ciało, ciesząc się, że wreszcie ma Ją przy sobie. Olivia natomiast przełknęła głośno ślinę i przymykając zaszklone oczy, starała się odtrącać od siebie świadomość tego, jak bardzo go potrzebowała. Zignorowała ciepło jego ciała i tę ulotną iskierkę poczucia przynależności. Po jej policzkach ponownie popłynęły łzy, a z zaciśniętego gardła wydobył się zachrypły głos:

- Bądź szczęśliwy, Zayn. Nawet za nas dwoje.

Szybko wydostała się z uścisku ramion i nie podnosząc wzroku, oddaliła się. A on stał bezczynnie, nie wiedząc co właśnie miało miejsce i wpatrywał się jak wątła postać smagana podmuchami wiatru majaczy w oddali i stopniowo znika.
~*~
- Wszystko w porządku? – zapytał Michael, kiedy jego samochód zatrzymał się pod kamienicą.

- To ja powinnam zapytać o to Ciebie, panie Człowieku Sukcesu – odparła dziewczyna, szturchając przyjaciela w ramię. Włożyła wszelkie siły, by wyglądać naturalnie, co przyniosło oczekiwany skutek. Speszony chłopak w momencie pokiwał głową, śmiejąc się cicho pod nosem.
- Zaczynam od przyszłego tygodnia i wreszcie chyba coś mi z tego wyjdzie – poinformował, rozluźniając barki, jednak spojrzenie Livii było zbyt wymowne, żeby mógł przestać. – I z Laurą też wszystko dobrze. Widzimy się dzisiaj wieczorem i zamierzam ją wziąć jakoś niedługo do rodziców.
- Cieszę się, że ci się układa. – Posłała mu ciepły uśmiech, łapiąc za spoczywającą na biegach dłoń.
- Jesteś pewna, że nic nie potrzebujesz? – upewnił się, gdyż jakiś głos podpowiadał mu, że coś jest nie tak.
- Jasne. Ummm, dziękuję Mike. Za wszystko. – To powiedziawszy, nachyliła się i musnęła jego policzek wargami, po czym pośpiesznie wysiadła z samochodu. Ich relacja zamknęła się wraz z zatrzaśnięciem ogromnych drzwi kamienicy, kiedy to podejrzliwe niebieskie spojrzenie, nie miało już możliwości, by dostrzec dalszy ciąg wydarzeń.
~*~
- Cześć, Livka. Coś się stało? – zapytał zaniepokojony Steven, zaraz po podniesieniu słuchawki.
- Nie, nic. Tylko się stęskniłam. Jak tam wojaże?
- A, bardzo dobrze. Słońce świeci cały czas, na niebie ani jednej chmurki. Mówię ci, jest cudownie! I chyba już przybrałem na wadze jakieś pięć kilo, bo Mary nie pozwala mi odejść od stołu bez zjedzenia całego obiadu. Normalnie pilnuje mnie tu jak oka w głowie. – Zaśmiała się na tę opowieść ojca. Ostatnia informacja sprawiła się przyjemne ciepło przetoczyło się po jej wnętrzu, dodatkowo kojąc pęczniejące obawy. – W domu wszystko dobrze?
- Tak, wszystko w porządku. Pozdrów Mary!
- W takim razie się cieszę. Z pewnością przekażę. Muszę już kończyć, córa.
- Jasne, nie ma sprawy – odparła. – Tato?
- Hm, tak?
- Jestem z ciebie bardzo dumna – wyznała, zaciskając mocniej wargi.
- Ja z ciebie też, Livka. – Po tych słowach głucha cisza zaległa w słuchawce, a szarooka jeszcze przez chwilę trwała w miejscu ze spokojnym uśmiechem na twarzy.
~*~
W słabym świetle lampki, długie cienie dłoni tańczyły po całym pokoju, gdy główka ołówka skrupulatnie nakreślała kolejne zdania na wymiętym papierze. Łzy skapywały wprost na białą fakturę, w niektórych miejsca przyczyniając się do rozmazania tuszu. Livia z uporem zagryzała zęby, mocno zaciskając palce na długopisie i z premedytacją ignorując mokre strużki na linii jej szczęki. Tylko czasami podnosiła dłoń, by je zetrzeć, jednak w dużej mierze była świadoma, że zaraz znowu powrócą.
W pewnym momencie rozbrzmiał dźwięk nadchodzącego połączenia. Wśród pozostałych kartek udało jej się znaleźć aparat i ogromną frustracją nacisnęła zieloną słuchawkę. Dopiero po chwili dotarło do niej, co tak naprawdę zrobiła.
Tylko utrudniła sobie zadanie.
- Miałaś zadzwonić -  rzucił zamiast powitania, jednak w jego głosie słychać było zabawny ton.

- Tak wyszło - odparła pociągając nosem. Wierzchem dłoni przetarła załzawione oczy, które powoli zaczynały rozmazywać jej przed oczami świat.

- Będę dzisiaj wieczorem – poinformował Zayn, jak gdyby nigdy nic. Uniosła głowę, wpatrując się jak brudny deszcz moczy szybę, jednocześnie usiłując zwalczyć wszelkie pokłady słabości.
- To nie jest dobry pomysł.
- W takim razie kino.
- Nie.
- Spacer?
- Nie.
- Zobaczę cię jeszcze w ogólne? – zażartował. Po drugiej stronie zaległa cisza.
- Muszę kończyć. Obiecaj, że sobie poradzisz, dobrze?
- Przecież zawsze sobie radzę – odparł ze śmiechem, zupełnie nie wyczuwając nastroju swojej rozmówczyni.
- W takim razie do zobaczenia. Kiedyś. – Nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, usłyszał dźwięk kończący połączenie. Zayn zmarszczywszy brwi, wpatrywał się w gasnący ekran telefonu, by po chwili przenieść zaskoczone spojrzenie na siedzącego obok Stylesa.
- Chcesz powiedzieć, że cię tak najzwyczajniej zbyła? – upewniał się Harry. Cała ta sytuacja wydawał się mu być bowiem wręcz nierealna i nad wyraz zabawna.
- Czy tak i tak do niej pojadę.
~*~
Koncert był wyjątkowo zabawny. Piątka chłopaków niemal przez całe dwie godziny biegała po całej scenie, wesoło żartując czy też usiłując pokazać jakikolwiek układ taneczny. Nikt nie zwracał uwagi na groźnie wiszące niebo czy też duszącą atmosferę.
- Przed wami Moments. Jeżeli też uważacie, że zwyczajne chwile, a przede wszystkim wspomnienia to fajna sprawa, śpiewajcie razem z nami – zapowiedział Zayn, a pierwsze dźwięki zalały całą arenę.
Shut the door. Turn the light off. I wanna be with you.
Stojąc naprzeciwko lustra spojrzała raz jeszcze w swoje odbicie. Podkrążone oczy, wychudłe ciało. Zapadnięte kąciki ust. Spazmatyczny szloch ponownie wstrząsnął jej ciałem, kiedy wzięła do ręki fiolkę z tabletkami.
I wanna feel your love. I wanna lay beside you.
Przyjrzała się pomarańczowemu szkłu, obracając go parokrotnie w dłoniach, po czym szarpnęła za nakrętkę. Biały koreczek upadł na podłogę, powodując że ciche uderzenie rozniosło się po ścianach małego pomieszczenia, drżeniem atakując żebra.
If we could only have this life for one more day. If we could only turn back time.
Kilka tabletek znalazło się na jej dłoni. Wziąwszy głęboki oddech, włożyła je do buzi i zamykając powieki, z wielkim trudem przełknęła. Minimalne kształty zaczęły palić przełyk, siejąc zamęt goryczą w jej wnętrzu, a jednocześnie przypominając o zbrodni przeciwko samej sobie.
You know I’ll be your life, your voice, your reason to be.

Suchość w ustach wzrastała z każdą chwilą. W krótkim czasie przed oczami pojawiły się czarne plamy, przez które obraz całkowicie zaczął się rozmazywać. Płuca rozpaczliwie domagały się powietrza, otrzymując jedynie marne jego strzępki. Zaczęło się jej kręcić w głowie. Przez chwilę walczyła z całych sił sił, napinając wszystkie mięśnie, jednak było to bez celowe. Rozluźniła się, tracąc kontrolę nad samą sobą. Papierowe ciało zatoczyło się i z głuchym łoskotem uderzyło o podłogę.

Close the door. Throw the key. Don’t wanna be reminded. Don’t wanna be seen. Don’t wanna be without you.
Wspiął się na klatkę schodową, niczego nieświadomy. Uchylił drzwi wejściowe, a od progu powitała go cisza. Zawołał jej imię. Sprawdził całe mieszkanie i dopiero na samym końcu przeszedł obok uchylonych drzwi łazienki. Poczuł ciepło na karku, a serce przyspieszyło tempa, nieomal wydzierając się z piersi.
- Livia! – doskoczył do niej.
Krew, drobinki szkła, tabletki. Wszystko to było dookoła niego.
- Livia, nie! – Szarpał bezwładnymi ramionami, odgarniał ciemne włosy do tyłu, oddechem tulił porcelanową twarz. Na próżno. Sine powieki nie otwierały się, a klatka żeber nie wydawała ani jednego tchnienia.
- Livia, nie zostawiaj mnie. Nie możesz. Nie możesz tego zrobić, rozumiesz? – jąkał nieskładnie.
I tamtego wrześniowego dnia rozsypało się coś więcej jak pudełeczko tabletek czy też szklane odłamki fiolki. Runęło coś bardziej pewnego. Coś osobistego, z czym podświadomie wiązał swoje nadzieje. Coś, co miał trwać nieskończenie długo, podczas gdy dane mu było egzystować zaledwie chude kilka lat. 

Tamtego wrześniowego dnia rozsypał się cały jego świat.
Before you leave me today.






poniedziałek, 1 czerwca 2015

26.

Od autorki: Cześć, Kochani! Co słychać? Czerwiec mamy! A przechodząc do konkretów... Nieważne jak bardzo chciałabym to odciągnąć, Silent chyli się ku końcowi. Zostały jeszcze dwa rozdziały. I im bliżej tej publikacji tym bardziej jestem rozdarta, bo nie mam serca kończyć tej historii. Pełne skarg i zażaleń przemówienie przyszykuję na później, także się szykujcie. Aaaa, i wiem, że rychło w czas, ale otwieram skromny hasztag #SilentPrayerFF. Leggo! Wspaniałego dnia dziecka, miśki! <3
~*~
Drobne płatki śniegu opadały na zmrożoną ziemię, kiedy przemierzał kolejne parkowe alejki. W krótkim czasie dotarł do obdartych z liści krzewów, których nagie ramiona poprzez misterne sploty tworzyły swojego rodzaju ścianę. Z powodu zimy, miejsce to nie było już tak dobrze ukryte, dlatego też przez przestrzenie między roślinami można było dostrzec dawno zapomniany obszar. Nie wiedział czy właśnie tam chciałby się znaleźć. Coś podświadomie po prostu kazało mu skierować się w ten zapomniany róg połaci, nie zważając na jakiegokolwiek rodzaju obawy czy też sprzeczne emocje. Zwinnie prześlizgną więc między żywopłotem, a jego oczom ukazała się dobrze znana ławka.
Wypuścił powietrze spomiędzy spierzchniętych warg i ze zrezygnowaniem usiadł na odrapanym z farby drewnie, zaciskając dłonie na jego rogu. Anorektyczne rozczarowanie zaczęło ogarniać jego ciało, mimo że dobrze wiedział, że nie znajdzie tutaj Livii. Mimo braku jej fizycznej obecności miał nadzieję, że ponownie będzie w stanie poczuć jej obecność, kiedy znajdzie się „w jej” miejscu. Bowiem nieświadomie, przez kilka tygodni odwiedzał miejsca w których lubiła przebywać, szukając chociażby cienia jej mizernej sylwetki. Wszędzie jednak witała go pustak, która zionęła wprost w otwarte rany, swoim chłodem wysysając ostatnie ciepłe fragmenty wspomnień. To miejsce, jak i wiele innych, bez niej nie było takie samo. Nie mogło być.
Zayn zagryzł wargę walcząc z kolejnym atakiem tęsknoty. Zganił samego siebie, ponieważ kiedy tylko w jakiś sposób udawało mu się uporać z brakiem szarookiej, zawsze pojawiło się coś, co znienacka podsycało ból, nie pozwalając na jego wygaśnięcie. Batalia z emocjami była dla niego prywatna walką z wiatrakami; walczył z czymś, czego nawet nie powinien dotykać, z czymś, co nie przynosiło większych efektów. Mimo tego, wewnętrznie potrzebował przebywania chociaż z najmizerniejszą Jej częścią. Kiedy czuł się wyjątkowo paskudnie, a papierosy znikały z paczki w zastraszającym tempie, wychodził na zewnątrz i bezsensownie przemierzając ulice, szukał Jej. Obecność w poszczególnych miejscach - jej miejscach - była dla niego paradoksalnie ukojeniem. Myśli uspokajały się, oddech powracał do normy, a przełyk nie szczypał już w aż takiej skali. Tutaj mówił słowa, których nie wypowiadał nawet przy niej. Tutaj miał jej mikroskopijną cząstkę, która mimo swojego braku namacalności, pozwalała mu wziąć głęboki oddech i na chwilę poczuć Jej oddech.
- Tutaj też cię nie ma, co?
Mocniej zacisnął dłoń na rancie ławki, po czym pokiwawszy głową, skierował się w stronę wąskiej ścieżki. Chłód powoli zaczynał przenikać przez poły kurtki, przez co chłopak schował ręce do kieszeni, bardziej kuląc ramiona. Śnieg w dalszy ciągu okalał wszystko dookoła, a parkowy chodnik zdążył zamienić się w cieniutki, biały dywan.
Tuż przy bramie głównej, zauważył zbliżającą się do niego parę. Pewnie nawet by się nie zatrzymał, gdyby w jednej z postaci nie rozpoznał czegoś znajomego. Wysoki mężczyzna trzymał pod rękę niższą od siebie kobietę ubraną w gruby płaszcz. Co chwila pochylał się ku niej, by lepiej usłyszeć wypowiadane przez nią słowa. Wydawali się być naprawdę zadowoleni, czego dowodem były szerokie uśmiech na twarzach, oraz wesołe tony głosów.
- Steven – przywitał się, podając dłoń, gdy tylko znaleźli się w odległości kilku metrów. - Mary – skinął.
- Zayn! Jak miło cię widzieć – odparł pan Spencer, ściskając wyciągniętą ku niemu rękę. – Myślałem, że nie będzie cię w mieście. Mówiłeś coś o promocji.
- Ach, tak. Wróciłem wczoraj wieczorem. Teraz mamy krótką przerwę – oznajmił, wciskając swoje palce jeszcze głębiej w czeluści kieszeni.
- Wracasz na właściwe tory, co? – odezwała się Mary, krzepiąco klepiąc chłopaka po ramieniu. Spoglądając w jej oczy, mógł dostrzec pewnego rodzaju nadzieję pomieszaną z troską. Rysy twarz zdradzały jednak w dalszym ciągu współczucie, do czego zdążył się już przyzwyczaić.
To pytanie zmroziło jednak jego żyły jeszcze bardziej niż ujemna temperatura panująca dookoła. Właśnie to było jego problemem. Ten „powrót na właściwe tory”, jak nazwała to kobieta. Nie wiedział dokładnie jak tego dokonać, kiedy sytuacja z Livią nie była jeszcze przecież zamknięta, a on w dalszym ciągu nie chciał ruszać bez niej. Skinął więc jedynie niepewnie głową, całą swoją siłę wkładając w to, by grymas na jego twarzy nie zdołał zepsuć tego wrażenia. Niestety się to nie powiodło, gdyż Steven cicho westchnął pod nosem.
- A co u was? – zapytał szybko, odwracając uwagę od swojej osoby.
- Jakoś leci. Staramy się ruszyć dalej, bo ona by tego chciała.
Właśnie, czego tak naprawdę chciałaby Livia w takiej sytuacji? Nigdy nie lubiła kiedy wszystko koncentrowało się na niej. Dążyła do tego, by ludzie dookoła byli szczęśliwi, nie oczekując niczego w zamian. Może rzeczywiście by chciała, żeby zaczął układać sobie życie na nowo?
Pokiwał ponownie głową uśmiechając się blado.
- Naprawdę, dobrze was widzieć. Razem – odparł, a w jego oczy zamigotały ciepłym światłem. Zrozumiał, że właśnie tego chciała Livia. Widząc ojca szczęśliwego, z dobrą kobietą u boku, z pewnością byłaby szczęśliwa.
- Nie zatrzymuję już was, bo zimno. Miłego popołudnia!
- Może wpadłbyś jutro do nas na kawę, co? Skoro masz teraz wolne. A przecież dawno się nie widzieliśmy – zaproponowała Mary. Poważnie zaczynał coraz bardziej lubić tę kobietę. Jej ciepła nie można było w jakikolwiek sposób opisać.
- Koniecznie! – zawtórował Steven. – Widzimy się jutro, Zayn.
            ~*~
And if you fell to your death today. I hope that heaven is your resting place.
Ciepłe promienie słońca rzucały jasne smugi na drewniane panele, po których co chwila przemykała, sprzątając mieszkanie. Dookoła unosił się zapach migdałowego mleczka do polerowania, co dodatkowo wprowadzało Livię w dobry nastrój. Z rzadką dla niej radością nuciła jedną ze starych piosenek i gdyby nie nerwowe szuranie krzesła dobiegające z kuchni, mogłaby uznać ten dzień za niezwykle udany.
- Tato? – krzyknęła tak, by jej głos dotarł do oddalonego pomieszczenia, jednak nie otrzymała żadnej odpowiedzi. Wiedziała dokładnie, że Steven jest w domu, a nawet gdyby gdzieś wychodził, poinformowałby ją. Już niemal na dobre przyzwyczaił się do nowego życia i starał się pamiętać o takich, wydawać by się mogło, błahych czynnościach.
- Tato? – powtórzyła, ale ponownie nie doczekała się odzewu. Z niepokojem odstawiła buteleczkę z mleczkiem na komodę, po czym skierowała się w stronę kuchni. W tamtej chwili z przyzwyczajenia wytężyła wszystkie zmysły, by zarejestrować każdy szmer, czy też słowo. Był to stary nawyk, wykształcony w tym „ciemniejszym” okresie jej życia.
Stając w progu zauważyła ojca leżącego niemal na kuchennym blacie. Co prawda siedział na krześle, jednak jego tułów wydawał się być zupełnie bezwładny i całym ciężarem naparł na kamienną powierzchnię. Głowa oparta była na podkurczonych ramionach,  jakby ukrywał w nich swoją twarzy.
- Tato, wszystko w porządku? – zapytała z przerażeniem, czując jak żółć podchodzi jej do gardła. Już teraz czuła, jak jej palce zaczynają nerwowo dygotać, a ciepło zalewa jej kark. Odkąd Steven wrócił ze szpitala, była przewrażliwiona na jego punkcie, czego była świadoma. Ojciec jednak w pełni to akceptował, jednocześnie zapewniając, że nic się mu nie stanie. Mimo tego, obawiała się o ewentualne powikłania czy też inne efekty uboczne. W takich sytuacjach bowiem znikał jej upór, przemieniając się w pozorny chłód. Zamieniała się w bezbronną dziewczynkę, targaną skrajnymi emocjami, którą nigdy nie miała czasu być.
- Tak, nie przejmuj się – westchnął słabo mężczyzna, próbując wyprostować się na krześle, co wyszło mu z marnym skutkiem, gdyż był w stanie unieść się na liche kilkanaście centymetrów. Gdy to jednak zrobił, ukazała się jej blada twarz z wyraźnie zaznaczonymi, purpurowymi śladami pod oczami. Czoło było zroszone potem, a suche usta z trudem łapały pojedyncze oddech. Ułożona na blacie dłoń trzepała się złowrogo.
Doskakując do Stevena wyciągnęła telefon, wybierając dobrze znany jej numer.
Pierwszy sygnał, drugi, trzeci… Tu poczta głosowa.
Warknęła coś niezrozumiałego przez zaciśnięte zęby, a gdy jej dłoń instynktownie powędrowała do ramienia ojca, poczuła jaki żar bije od jego skóry. To jeszcze bardziej wprawiło ją w przerażenie, więc w popłochu ponownie wybrała numer.
- No dalej, Zayn. Odbierz – szeptała, obserwując jak zmęczone powieki Stevena  przysłaniają przekrwione oczy.
Tu poczta głosowa.
Zagryzła wargę ze zdenerwowania, szybko analizując do kogo mogłaby się jeszcze zwrócić o pomoc, której w tamtym momencie tak bardzo potrzebowała. W jej głowie pojawiła się jedna myśl i już w ułamku sekundy w słuchawce odbywało się wybieranie kolejnego numeru.
- Livia? Czy coś się stało? – odezwał się kobiecy głos po drugiej stronie, a dziewczyna chyba jeszcze nigdy nie była tak wdzięczna, że właśnie go usłyszała. Balast spadł z jej ramion, gdyż wiedziała, że już część przeszkód udało jej się pokonać. Mimo nadal panującego napięcia, udało jej się minimalnie rozluźnić.
- Mary. Jak dobrze, że cię złapałam. Z tatą dzieje się coś złego. Jest cały blady i …. – miała kontynuować, kiedy poczuła jak materiał ojcowskiej bluzki umyka spod jej dłoni, pozostawiając jedynie po sobie powiew chłodu. Nerwowo wyciągnęła rękę, by go ponownie pochwycić. Udało się to jedynie czubkami palców, które w małym stopniu uchroniło mężczyznę. Jego ciało bezwładnie upadło na podłogę, a w całym mieszkaniu rozległ się głuchy trzask.
- Rany boskie, Mary, musisz tu przyjść. Mary, proszę cię, przyjdź tu jak najszybciej – bełkotała płaczliwie, pochylając się nad Stevenem, którego ciało po raz pierwszy niebezpiecznie zadygotało.
~
Put your open lips on mine. And slowly let them shut. For they’re designed to be together.
Wolnym krokiem przemierzyła szpitalny korytarz oświetlony paroma paskudnymi jarzeniówkami. Nerwy zdążyły opaść, jednak strach już chyba na dobre zagrzał sobie miejsce w jej podświadomości. Na dobrą sprawę nigdy się go nie pozbyła, niemal na każdym kroku czując jego lodowate liźnięcia.
W tamtym momencie dziękowała, że ktoś na ich drodze postawił tę drobnej budowy kobietkę o iście kocich oczach, wysokich kościach policzkowych i obciętych na boba, ciemnoczerwonych włosach. Mary musiała być jakimś darem. Albo chociażby musiała mieć do czynienia z jakąkolwiek formą metafizyki, gdyż pojawiła się w ich życiu dość nieoczekiwanie. Mieszkała dwie ulice od ich kamienicy, w jednorodzinnym domu. Młodo wyszła za mąż i młodo również owy związek zakończyła. Nie układało jej się z partnerem, aż wreszcie doszli do wniosku, że łączy ich tylko nazwisko. Po tym rozstaniu, kobieta już nigdy nie była w trwałym związku, aż do momentu kiedy poznała Stevena. Prowadziła własną firmę, która dobrze radziła sobie na rynku. Spencera znała jeszcze za życia Diany, kiedy to powierzała jej papierkową robotę. Po wypadku kontakt się urwał, by odnowić się przez przypadek po kilku latach w jednym z londyńskich supermarketów.
            Mary nigdy nie wypominała Stevenowi przeszłości. Po prostu ją akceptowała. Dokładała natomiast wszelkich starań, by jego przyszłość była już tym normalnym etapem w życiu. Swoim wsparciem pomagała nie tylko jemu, a również i Livii, która od dawna potrzebowała dorosłej kobiety w swoim otoczeniu. Kiedy związek dawnej znajomej z jej ojcem okazał się być prawdą, wbrew pozorom, bardzo się z tego cieszyła. Widziała jaki ma ona wpływ na ojca, a coś w jej głowie wyraźnie mówiło, że jest on w dobrych rękach. Kolejny balast spadł z barków Olivii, gdyż miała wreszcie przy sobie kogoś do pomocy, kto w pełni rozumiał jej sytuację i sam od siebie próbował dołożyć wszelkich starań, by było lepiej.
Ciche westchnienie opuściło jej usta, gdy po raz kolejny w przeciągu dwudziestu minut wyciągnęła z kieszeni telefon. Podświetlony ekran informował o braku jakichkolwiek połączeń czy też wiadomości, na które tak bardzo czekała. Oparłszy głowę o zimną szyby, nacisnęła zieloną słuchawkę przy feralnym numerze. W świetle jarzeniówek, mogła dostrzec swoją mizerną twarz, odbijającą się w czystej tafli. Po drugiej jej stronie hulał natomiast wiatr, który porywał zielone liście i tarmosił nimi kilka metrów nad ziemią. W pomarańczowym blasku latarni dostrzegła jeszcze cień gałęzi wyginający po naporem powietrza, jednak jej umysł skupiony był na dźwięku w telefonie.
Zacisnęła palce na rękawie swetra, cicho modląc się, by wreszcie po drugiej stronie zabrzmiał jego głos, którego tak bardzo teraz potrzebowała. Przymknęła oczy, gdy dźwięk poczty głosowej uświadomił jej prawdę. I wtedy ten niepozorny dźwięk okazał się nie do udźwignięcia. Coś w jej wnętrzu ostatecznie pękło, a szept zawodu otulił jej uszy. Dziwne ukłucie pojawiło się między żebrami, gdzie nigdy nie chciała nic czuć.
Znowu nie było go przy niej, kiedy najbardziej go potrzebowała.
Po porcelanowym policzku potoczyłaby się kryształowa łza, gdyby drzwi do sali ojca nie otworzyły się, a w nich nie stanęła Mary.
- Chodź, Livka – zaprosiła gestem ręki, na co dziewczyna wlepiła w nią badawcze spojrzenie. – Nie martw się, nie chodzi o nic złego. Tata chce cię widzieć – uspokoiła ją, widząc przerażony wyraz twarzy.
Brunetka ruszyła więc w stronę uchylonych drzwi, skąd paradoksalnie biło ciepło, a wyciszony telefon wrzuciła do czeluści kieszeni, ze wszystkich sił starając się zatamować falę żalu, zalewającą każdą jej komórkę ciała.
Darlin' hold me in your arms. The way you did last night. And we'll lie inside. For a little while here.


środa, 20 maja 2015

25.

- Zmagała się z tym naprawdę długo. W zasadzie od śmierci Diany. Tylko nigdy mi nie powiedziała, że jest aż tak źle – wyjaśnił Steven, zaciskając dłoń o parapet. Jego zmęczony oczy nie miały nawet siły by spojrzeć na słuchającego Thomasa.
- Lekarz stwierdził, że dostała nowe tabletki. – Niebieskooki podrapał się po brodzie, by po chwili wyrzucić ręce w powietrze z frustracją. – Najgorsze w tym wszystkim jest to, że tego nie było po niej widać. Sam przyznaj, nie domyślałeś się, że jej stan tak dramatycznie się pogorszył.
W odpowiedzi Spencer pokiwał przecząco głową, a kiedy wreszcie odniósł wzrok ku górze, zobaczył powoli zbliżającego się ku nim Zayna. Thomas nie mógł go dostrzec, gdyż stał odwrócony. Kontynuował więc tę ciężką rozmowę aż do momentu, gdy w brązowych tęczówkach Stevena dostrzegł niepokój.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś? – warknął Malik. Obaj mężczyźni wyprostowali się, twarz kierując ku nowo przybyłemu. Na ich twarzach wymalowana była niezręczność i pewnego rodzaju niezadowolenie, że ta tajemnica wyszła na jaw w takich okolicznościach.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś o jej depresji, Steven – powtórzył raz jeszcze, mocno zaciskając pięść. Atmosfera gęstniała.
- Myślałem, że sama ci powiedziała i dopiero…
- Najwyraźniej tego nie zrobiła! A wy wszyscy wiedzieliście! Jest coś jeszcze o czym powinniście mnie poinformować?
- Dopiero ostatnio zorientowałem się, że nic nie wiesz – Spencer kontynuował, celowo nie zwracając uwagi na nagły przypływ gniewu. – Z resztą wolałbym, żebyś to od niej się tego dowiedział. To zbyt osobiste, żebym ja ci takie rzeczy przezywał. I skoro ci tego nie powiedziała, miała ku temu ważny powód. Chciała cię najprawdopodobniej chronić. Jak zawsze z resztą.
- Szkoda, że to ona potrzebowała ochrony! Mogłem jej przecież pomóc, gdybym tylko wiedział!
- Nie, Zayn. Nikt nie był w stanie jej pomóc – wtrącił się Thomas. Chłopak jedynie zaśmiał się kpiąco, zakładając dłonie na biodra.
- I tu się mylisz. Oboje się mylicie. Był jakiś ratunek. Cokolwiek! Szkoda, że to zmarnowaliście. – Po tych słowach odwrócił się na pięcie, kierując w stronę pobliskiej windy.
- Zayn!
- Darujcie sobie – krzyknął jeszcze przez plecy, nieopatrznie wpadając na Michaela, który w tym samym momencie wysiadł z metalowej puszki. Stanął na środku korytarza, posyłając brązowookiemu pytające spojrzenie. Pozostało ono odwzajemnione chłodnym grymasem i już po chwili Malik zniknął w czeluściach windy.
- Co mu się stało? – zapytał Smith.
- Dowiedział się – westchnął Steven, zakładając dłonie na piersi. Chłopak jedynie pokiwał głową, spoglądając na śpiącą za szybą Olivię.
Jej blada twarz wydawał się być niesamowicie spokojna. Jakby wreszcie była beztroska. Przypomniał sobie ich wspólne chwile, szukając w nich podobnego wyrazu. Przeszli bowiem wiele i prawdą jest, że Michael znał ją chyba najlepiej ze wszystkich. To jemu powierzała największe sekrety, to jemu wypłakiwała się na ramieniu. Nigdy niczego nie ukrywała, pozwalając mu, by zaglądnął w najgłębsze zakamarki jej duszy. Znał wszystkie jej strony, tak samo jak ona jego. Często rozumieli się bez słów i tylko Mike w pełni wiedział, czego dziewczyna tak naprawdę chce. Gdyby nie stanęła na jego drodze, prawdopodobnie uległby presji rodziców i wsiadając w pierwszy, lepszy pociąg, wróciłby do rodzinnej miejscowości. Gdyby to on nie pojawił się w jej życiu, zmuszona by była radzić sobie ze wszystkim sama i aż strach pomyśleć jak wyglądałyby teraz jej losy.

Starał się ją chronić, jednak patrząc przez szybę utwierdził się w przekonaniu, że nie mógł obronić jej przed samą sobą.

Mimo tego, wrócił zapach długich, letnich wieczorów, kiedy pili chłodną lemoniadę w zaciszu pachnącego ogrodu na tyłach kamienicy oraz tych deszczowych jesieni, gdy nad mokrą ziemią unosił się zapach liści, a oni niczym niezrażeni pokonywali rowerami kolejne kilometry. Czas zbliża ludzi. A jeszcze bardziej robią to problemy i samotność. Z tego wszystkiego rodzi się prawdziwa więź, która mimo przeszkód potrafi wiele przetrwać.
~*~
Szare tęczówki wpatrywały się w krystalicznie czyste niebo, po którym sunęły leniwie kłębiaste chmury cucone powiewami wiosennego wiatru. Cienie rzucane na trawę gasiły nieco jej soczysty kolor, a podmuchy kładły pojedyncze źdźbła na pachnącą stokrotkami ziemię. Przyjemny szum koron drzew przerywany był przez krzyki dobiegające z prowizorycznego boiska do piłki nożnej, usytuowanego tuż pod niewielkim wzniesieniem, na którym zasiadała Livia.

Podkurczone nogi zdążyły już ścierpnąć, jednak nie przeszkadzało jej to. Całkowicie bowiem odłączyła się od świata, skupiając całą swoją uwagę na obserwowaniu. Czuła się wtedy tak beztrosko i tak przyjemnie, że nawet przekleństwa dobiegające z boiska nie były w stanie popsuć jej tej chwili.
Zasłaniając dłonią oczy, odruchowo spojrzała w stronę biegających poniżej chłopaków, co okazało się idealnym wyczuciem czasu. Była bowiem świadkiem spektakularnego zderzenia z ziemią Michaela, który kopiąc w znajdującą się na aucie piłkę, chybił, a cała siła jaką włożył w uderzenie spowodowała upadek.
- Oferma! – krzyknęła ze śmiechem. Sytuacja była na tyle komiczna, że koledzy chłopaka przez dobre kilka minut nie mogli dojść do siebie, natomiast Olivia w krótkim czasie nabawiła się skurczu brzucha, a po jej policzkach spłynęły radosne łzy. Nie musiała długo czekać, by chłopak znalazł się tuż obok niej. Ze zmęczeniem opadł bowiem na trawę, przygniatając dodatkowo dziewczynę swoim cielskiem.
- O fu, spadaj, bo śmierdzisz potem! – fuknęła, wycierając z policzków słone ślady.
- A ty wyglądasz jak chomik z alergią. I widzisz? Jesteśmy kwita – odparł ze śmiechem, szturchając jej ramię, czego również nie mogła pozostawić bez odpowiedzi.
- Przyjemnie dzisiaj, prawda? – Przymknęła na te słowa powieki, wyciągając twarz bliżej słońca, by zgarnąć jak najwięcej ich promieni. W takim świetle jej alabastrowa skóra wyglądała niemal na porcelanową, a zabłąkane kosmyki hebanowych włosów jedynie dodawały silnego kontrastu delikatnej buzi.
- O, tak. Burzy to wszystko wizja powrotu do domu, ale póki co jestem tutaj i jest mi naprawdę dobrze – odparła rozmarzona. W jej głosie nie dało się wyczuć strachu, które z pewnością grało na wątłych włóknach jej ciała.
- Ostatnia połowa i się zbieramy – poinformował, wstając.
– I do żadnego domu póki co, nie wracasz. Jeszcze się gdzieś wyrwiemy – krzyknął jeszcze przez plecy, po czym wbiegł na boisko.
~*~
When darkness comes upon you. And covers you with fear and shame. Be still and know that I'm with you.
Brudny deszcz obijał brązowy parapet, a po chłodnej szybie bezustannie spływała fala wody. Niewielki pokój zawalony był książkami i zeszytami, a po podłodze porozrzucana była niezliczona ilość długopisów. Ciemna czupryna chłopaka pochylała się nad jakimś notesem, usiłując nauczyć się zadanej partii materiału na zbliżający się egzamin.
- Daj sobie spokój, bo czy tak i tak się tego nie nauczysz – zaśmiał się Michael, odchodząc od komputera. Jego towarzysz prychnął jedynie pod nosem, po czym przewrócił kartkę. Cóż, wiara studentów w ogarnięcie materiału w jeden dzień jest niesamowicie imponująca.
- A ty czemu nic nie robisz? Taki pewien jesteś, że zaliczysz wszystko? – Wyzwanie błyszczało w oczach chłopaka, co w połączeniu z kpiąco uniesioną ku górze brwią dawało naprawdę zabawną mieszankę.
- Ja już wszystko ogarnąłem, nie musisz się tak o mnie martwić. Wystarczył się za to zabrać jakiś hmm, tydzień temu? – odparował ze śmiechem.
- Niech cię szlag, Mike! – Brązowowłosy Wyrzucił ręce w powietrze, a po jego twarzy błąkało się rozbawienie. To przekomarzanie trwałoby z pewnością dłużej, gdyby nie trzask drzwi frontowych i szybki stukot butów na drewnianych schodach.
W progu pojawiła się chuda postać. Nasiąknięte deszczem włosy w nieładzie okalały siną z zimna twarzy. Na policzkach wymalowały się delikatne rumieńce spowodowane prawdopodobnie chłodem na zewnątrz. Zapuchnięte oczy wyraźnie kontrastowały z bladą cerą, a na co dzień szare oczy wydawały się być pozbawione jakiegokolwiek wyrazu. Nie miała na sobie żadnego okrycia. Kościste ramiona oblekał jedynie czarny sweter, który został przemoczony do suchej nitki.
Michael stanął w miejscu, z przerażeniem spoglądając na twarz przyjaciółki.
- Liv? – wyszeptał, a już w ułamku sekundy dziewczyna zdążyła przylgnąć do jego ciepłego ciała. Zakleszczył ją w silnym uścisku, nie pozwalając nawet na najmniejszy ruch, a kiedy pogładził drżące z zimna plecy, z gardła brunetki wydobył się niewyraźny szloch. Momentalnie skinął do towarzysza, który widząc zaistniałą sytuację, postanowił się ewakuować.
Michael czuł jak jego koszulka nasiąka wodą, a w wyniku kontaktu z jej wyziębionym ciałem po jego skórze przebiegł ostry dreszcz,
- Moja mama nie żyje, Mike.
~*~
If you forget the way to go. And lose where you came from...
Siedząc na niewygodnym szpitalnym krzesełku, z czułością gładził nieruchome palce, wspominając ich najwspanialsze chwile. I po raz pierwszy odkąd znalazła się w szpitalu, dopadła go przeraźliwa nostalgia. Michael z reguły był osobą opanowaną i twardo stąpającą po ziemi, dlatego przez tak długi czas udawało się mu trzymać emocje na wodzy. Tym razem „nie wyszło”.
Nie mógł sobie wyobrazić życia bez niej. Bez jej cichych dni i tych głośnych chwil jazgotu. Bez wspólnych wieczorów, rozmów, wspomnień. Livia wspierała go po przeprowadzce do Londynu, kiedy wszyscy naokoło wróżyli rychły powrót do domu. Była przy nim kiedy miał chwile zawahania, tak samo jak on towarzyszył jej  w momentach, gdy mała apokalipsa nawiedzała jej życie. Pomogła na nowo ułożyć sobie tutaj życie, zapoznała z Gią, z czego przez przypadek wyszło „coś więcej”. Nie zostawił jej, kiedy upadła. Pomógł wstać. Uratował.
Był świadkiem jej cierpienia i jakaś część w jego wnętrzu krzyczała, że ta „przerwa” podaruje jej mały restart. Tylko pod warunkiem, że wróci.
Odejść? Mogła. Jeżeli tylko tego chciała. Ale nie bez pożegnania. Nie tak nagle. Nie bez zaznania szczęścia na które tak długo pracowała. Nie teraz, nie tak młodo.
- Wiesz, jeśli tam ci będzie lepiej, to nikt cię nie będzie zatrzymywał. Wiem, że już podjęłaś właściwą decyzję. Tylko chciałbym, żebyś wiedziała, że masz nas tutaj. Może i wydaje ci się, że jesteś sama, ale to kłamstwo! Bo masz dla kogo wrócić. Nie możesz ich tutaj wszystkich zostawić. Nie możesz zostawić też mnie. Wiem, że wtedy za późno zareagowałem. Bo ten jeden raz nie udało mi się tobie pomóc.
...If no one is standing beside you. Be still and know I am.